Szukaj na stronie

Tam na nas każdy czekał. Wywiad z braćmi Opala

Bracia Sławek i Paweł Opala od najmłodszych lat marzyli o wyprawie w największe góry świata – Himalaje. W marcu tego roku udało się spełnić to marzenie. Za cel obrali sobie jedną z himalajskich dolin – Langtan i jeden z kilkudziesięciu otaczających tę dolinę szczytów – pięciotysięcznik Tsergo Ri. 23-dniowy wyjazd okazał się niezapomnianym przeżyciem, pełnym przygód.  Z wyprawy powstała wystawa fotograficzna, którą można oglądać przed Centrum Kultury i Bibliotekę w Opalenicy, Więcej o tym w rozmowie Jagody Haloszki.

 

Jak narodziła się wasza pasja do gór?

(Sławek)Każdy miał inny start. W szkole średniej trafiłem pod opiekę profesora, który był wychowawcą mojej klasy i tak naprawdę on zaszczepił we mnie chodzenie po polskich górach. Robiliśmy to m. in. w ramach takich rajdów szkolnych, co, nie powiem, bardzo nam się podobało.  Wyjazdy były w tygodniach, gdzie do szkoły musieliśmy mieć oficjalne zwolnienie. Nieraz przez tydzień nas nie było. To wszystko działo się jak jeszcze człowiek nie wiedział, co to  tak naprawdę są góry i bardzo nas to pociągało. Oczywiście nie można tu zapomnieć o paczce przyjaciół, która tak samo kochałai góry. Tak wyglądał mój początek.

A u brata?

(Paweł) Jestem młodszy, więc to tak naprawdę brat mnie zainspirował, chociaż tak naprawdę nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Ale tak samo, jak Sławek zacząłem w szkole średniej.  Mieszkałem w Lesznie, w internacie i do gór było bliżej o sto kilometrów niż z Opalenicy. Natomiast ja osobiściezacząłem wyjątkowo od Tatr. Nie powinienem zaczynać od najpiękniejszych gór w Polsce, bo potem jest niedosyt, ale pierwszy nasz wyjazd indywidualny ze szkoły był właśnie w Tatry. I jak je zobaczyliśmy, to już ta miłość została do dzisiaj. Ale chyba największy wpływ to jednak brata, bo on zaczął wcześniej, ponieważ trochę zazdrościłem. I tak to zostało. Rodzice też podróżowali w góry, ale ja nie kojarzę, żebyśmy od nich przejęli…

(S):Oni bardziej rekreacyjnie jeździli sobie w góry.

A co was skłoniło do podjęcia tego wyzwania, czyli wyprawy w Himalaje?

(S):Jeżeli ktoś mówi o górach czy o jakichkolwiek innych pasjach, to wiadomo, że zawsze największym marzeniem jest szczyt tego wszystkiego. W moim przypadku były to Himalaje, ale jeszcze dwa lata temu, wydawało mi się, że to już tylko na tych marzeniach się skończy, bo jednak zawsze było coś, m. in. względy finansowe itd. Nie ukrywam, że też zaczął mnie straszyć już wiek i to było marzenie.Ale jest tyle gór innych na świecie, że chodziło się tak naprawdę  wszędzie. Chociaż to brat zdobywał je bardziej międzynarodowo m. in. penetrował Alpy. Ja raczej się skupiałem na polskich górach i to mi całkowicie na tamtym etapie wystarczało, bo to miała być przyjemność, a nie jakieś tam bicie rekordów.

A czemu właśnie ten region i ten szczyt, na którym opiera się wystawa, którą mieszkańcy mogą zobaczyć przed CKiB?

(P): Zdecydowało przede wszystkim małe natężenie ruchu turystycznego, Chcieliśmy uniknąć dwóch najsłynniejszych tras, czyli bazę pod Everest i Annapurnę.
Może są piękniejsze, chociaż nie mamy porównania, ale wiemy od innych kolegów, że są strasznie zatłoczone. A my chcieliśmy tego uniknąć. Była ta góra pięciotysięczna, na którą chcieliśmy wejść, ale nie ona była głównym celem tego wyjazdu, ponieważ bardziej zależało nam, aby poczuć ten klimat miejscowych ludzi itd. i chyba się nie rozczarowaliśmy. Aczkolwiek też nie było tam za bardzo pusto. Jeśli chodzi o porównanie tego regionu do naszych realiów, to są takie nasze góry wałbrzyskie, jeżeli chodzi o zainteresowanie. Na tej trasie nie ma  ośmiotysięczników, więc to już nie działa na wyobraźnię ludzi, chociaż ten siedmiotysięczny wierzchołek wygląda identycznie jak ten, który ma osiem metrów.

Wspominaliście, że zaczynaliście od gór polskich, potem były te międzynarodówki i w końcu Himalaje. Jakie były najważniejsze kroki w przygotowaniu do tej wyprawy i jak długo one trwały?

(P): Można powiedzieć, że przygotowania trwały tak naprawdę rok. W marcu ubiegłego roku podjęliśmy decyzję i w marcu tego roku pojechaliśmy. Pozakładałem alarmy na różnych wyszukiwarkach, bo kwestią kluczową było zdobycie tanich biletów lotniczych, od których najbardziej zależały koszty. Nie ukrywamy, że przez tyle lat nie jechaliśmy między innymi dlatego, że najzwyczajniej w świecie przerastało to, nasze możliwości finansowe. Po dwóch miesiącach, chyba na początku maja,  kupiliśmy po bardzo,  przyzwoitej cenie bilety i wtedy wiedzieliśmy, że za 10 miesięcy polecimy i nie ma odwrotu.
Było to długie oczekiwanie, ale też zarazem przyjemne. A jeśli chodzi o przygotowania, to chodziliśmywokół Opalenicy, też bardziej zintensyfikowaliśmy swoje wyjazdy w góry.
Aczkolwiek stwierdziliśmy, że w sumie nie były  aż tak potrzebne, bo ten trek jest  ładnie rozłożony i poprowadzony, że nie trzeba nadzwyczajnych sił, umiejętności, czegokolwiek, żeby taki wyjazd sobie zorganizować. Teraz też wiemy, że zabieranie czegokolwiek mija się z celem, bo można kupić za niewielkie pieniądze na miejscu. Tak większość osób robi, żeby trzeba brać duży bagaż. lecą z podręcznym, kupują na miejscu, zostawiają, bo wychodzi taniej niż opłata za jakiś tam duży bagaż.

W Himalajach z pewnością są specyficzne warunki i klimatyczne, i kulturowe.
Czy was coś zaskoczyło najbardziej?

(S) Wcześniej czytałem bardzo dużo literatury, żeby mieć jakiś tam ogląd. Muszę przyznać, że mile się rozczarowałem, bo głównie bałem się trochę różnicy tlenowej na  wysokościach.
Nie wiedziałem, jak zadziałają płuca. Lekarze straszyli różnymi badaniami wydolnościowymi. Ryzyko, że ktoś nie dotrze na szczyt było wpisane w tę wyprawę i było wiadome, że jak ktoś nie da rady to zostanie. Trasa była tak skonstruowana, że wracaliśmy praktycznie tą samą drogą, także można było w razie niedyspozycji jakoś to rozwiązać. A tak poza tym, to z pewnością jest to „trudna impreza” dla ludzi lubiących dużo zjeść.
Jedzenie było niezbyt kaloryczne, tak mi się przynajmniej wydaje.

(P): Makaron z warzywami praktycznie codziennie, a te warzywa to była cebula.

(S):  U mnie działała adrenalina, ja byłem tak podniecony pozytywnie, że nic mi nie przeszkadzało. Wiedziałem, że wszystko jest fajne i wszystko jeszcze przed nami. Byli bardzo przemili ludzie.

Mieliście okazję poznać lokalną społeczność?

(P): W sumie to fajnie zadziałało, bo na samym treku nie mieliśmy zaplanowanych noclegów, bo nie wiedzieliśmy mniej więcej skąd, dokąd każdego dnia chcemy dojść. Miało to też związek z aklimatyzacją, żeby stopniowo podnosić te metry i chyba to zadziałało, bo praktycznie nikt z nas nie miał najmniejszych problemów na tym wyjeździe.
Jak przespaliśmy pierwszą noc, to już po tej pierwszej nocy mieliśmy adres na drugi nocleg do ciotki, na trzeci nocleg do wuja, na czwarty do dziadka, na piąty do kolegi dziadka i praktycznie jechaliśmy już po sznurku z całą tą rodziną, bo wszyscy już wiedzieli, że przyjdziemy. Nie musieliśmy szukać w tych wioskach. Nie płaciliśmy za nocleg, wszędzie płaciliśmy tylko za wyżywienie. Na nas ktoś czekał i wiedział, jak będziemy ubrani, że przyjdziemy. Obchodzili już przed wioską, bo czasami ktoś nie sprzątnął sprzed nosa gości. To naprawdę nie było tak jak w naszych stronach, że jesteś intruzem. Tam na Ciebie każdy czekał i to co miał najlepszego to oferował od Ciebie.

Czyli podsumowując, wszystko się dobrze potoczyło, ale też powiedzmy o obawach i rozterkach, które pewnie w tej wyprawie się pojawiły.

(S): W moim przypadku była jedna rzecz – a mianowicie nie doleciał bagaż. Cały mój ekwipunek gromadzony na wyjazd zginął gdzieś po drodze i znalazł się oczywiście, ale jak wracaliśmy i nie już był mi niepotrzebny. Ale właśnie to jest integracja grupy, która kapitalnie się zachowała i na ile mogła, to pomogła.Każdy dał coś ze swojego ekwipunku, a poza tym poszliśmy na zakupy i ten cały ekwipunek główny kupiłem za naprawdę śmiesznie tanie pieniądze i służył mi znakomicie i uważam, że będzie mi służył jeszcze długo, długo.

(P):Skróciliśmy ten pobyt w górach o jeden dzień, czekając jeszcze na bagaż, ale on jeszcze, mimo że obiecywali, że przyleci, nie przyleciał.

(S): W drugim dniu trekkingu był telefon, że bagaż doleciał.

(P): Drugim momentem, w którym było zwątpienie dotyczył naszego kolegi. Lecieliśmy z Pragi do Stambułu, potem do Delhi.Okazało się, że kolega nie ma wizy. Nie to wydrukował, co powinien i właściwie już się z nami pożegnał na tym lotnisku, ale znowu zadziałały jakieś tam wspólne umiejętności i udało się dorwać w Pradze stoisko komputerowe, dostaliśmy się do ambasady i wydrukowaliśmy tę wizę. I w zasadzie jest jeszcze jeden epizod, który dotyczył drona.

(S): Mieliśmy swojego drona, żeby zrobić piękne ujęcia. Kolega w tym entuzjazmie zapomniał chyba że jesteśmy jednak na wysokości czterech czy więcej tysięcy metrów i nie opanował sprzętu. Wiatr go ściągnął i spadł po prostu w przepaść i straciliśmy go bezpowrotnie, i wszystkie zdjęcia jakie na nim były. I zakończenie jest niesamowite, bo po miesiącu po powrocie do domu producent drona odezwał się, że przechwycili wszystkie nagrania, ponieważ on miał system podwójnego zapisu.  A ze względów  szpiegowskich kontrolowali każdy sprzęt, który filmował, przejrzeli zdjęcia, widzieli, że nie mają znamion jakieś  obserwacji itd. Zaproponowali mu zwrot tych materiałów darmowo. Myśmy w swojej naiwności liczyli, że jakiś pasterz tam gdzieś go znajdzie, ale w tamte rejony, jak mówił jeden z gospodarzy w ogóle nikt nie chodzi.

Czy planujecie dalsze podróże? 

(P): W tym miejscu ja chciałbym podziękować swojej rodzinie za cierpliwość i zrozumienie mojej chęci zrealizowania swojego marzenia. Wiem jak żona strasznie się denerwowała przez te 3 tygodnie mojej nieobecności, więc nie chciałbym już więcej fundować jej takich emocji. W przyszłym roku zamierzamy wspólnie z małżonką przejechać na rowerach uznawany za jeden z najpiękniejszych szlaków rowerowych w Europie, Alpe Adrian Radweg, łączący Alpy z Adriatykiem. A tak bardzo po cichutku to marzę jeszcze o górach Ameryki Południowej.

fot. Archiwum Prywatne